piątek, 13 stycznia 2017

Przywołanie

I tak już mamy połowę stycznia. Śnieg u nas popadał, było dużo zabawy. Szasta wyszalała się, wytarzała i wciąż jej mało było. Ważne że śniegu trochę popadało i można było się nim nacieszyć. Ja już jestem po egzaminach więc teraz tylko bieżąca nauka w szkole i przygotowania się do jej zakończenia i zaczęcia nowego rozdziału w życiu.
Post o przywołaniu piszę już jakiś czas. W pewnym sensie jest to też taki poradnik. A pisanie poradników kiepsko póki co mi wychodzi. Może coś się zmieni po tym poście bo mam zamiar napisać jeszcze kilka podobnych postów.
Z przywołaniem miałam chyba najgorszy problem. Szasta była moim pierwszym psem gdzie sama uczyłam się na błędach. Nie wiedziałam też wielu rzeczy. I tym samym przywołanie u nas była jedną wielką katastrofą. Szczególnie nie zwracałam uwagi na to bo stwierdziłam że sama się nauczy wracać do mnie. Jak udało mi się ją złapać to było okej a jak nie to gdzieś przy okazji ją łapałam. Nasze przywołanie cóż, wymagało pracy. Po skończeniu dwóch lat u Szasty zaczęłam pracować z psem. Wtedy też wkręciłam się w życie psiarskie. I tak się zaczęła praca z psem który miał swoje życie i zasady.
Nauka była baardzo ciężka. Szasta jako tako była już dorosłym psem, więc miałam pod górkę. Nie wiedziałam jak mam zacząć uczyć psa przywołania. Byłam zielona w tym, ale poczytałam trochę porad na internecie i mniej więcej dopasowałam to do Szasty. Na początek linka 5 m i spacery na lince. Puszczenie psa na lince i próbowanie go przywołać. Pierwsze próby były FATALNE ! Ale chyba po 7 sesji Szasta zaczęła coś kumać. W między czasie nadal spuszczałam Szastę ze smyczy i starałam się ją wołać do siebie, czasem coś wyszło ale pobiegła obok mnie dalej. Albo przyszła i zaraz uciekła z dumną miną. Nasza nauka nie była kolorowa.
Ale Szasta zaczęła rozumieć że jeśli nie przyjdzie do mnie jak ją wołam to wracamy do domu. Albo nie przyjdziesz na komendę to i tak Cię złapie i do końca spaceru będziesz szła na smyczy albo na lince 5 m. To była najgorsza kara dla niej wtedy, spacer ? Taki krótki ? Takie niby nic, a pomogło nam w przywołaniu.
Zaczęłam Szaście kazać zostać na miejscu i przybiegnąć do mnie. Były to krótkie dystanse. Od 1 metra do 5 metrów na początek. Robiłam to głównie przy zdjęciach i po wykonaniu zdjęć wołałam ją do siebie i przybiegała. Ja ją chwaliłam i pies dalej miał czas dla siebie. Starałam ze zdjęć przenieść to jakoś na zwykły spacer. No i takie zostawanie na chwilę i przybiegnięcie podziałało. Aż stało się to na 10 metrów do 20 metrów. Szasta zostawała i przybiegała z radością pod nogi.
Ale wciąż przywołanie u nas leżało. Czasem działało a czasem nie. Miałam problem jeszcze z ciągnięciem na smyczy ale to temat na inny post. W tym momencie zaczęłam ćwiczyć z Szastą elementy OBI. Chodzenie przy nodze, przywołanie, skupienie na mnie, zostawanie i przynoszenie patyka/piłki. Szasta miała z tego niezłą frajdę. Zresztą ja też, ale zdarzały się dni gdzie nie miałam nerwów i krzyczałam na nią. Ale to nie działało. Więc dawałam sobie siana i próbowałam za kilka dni. Najpierw zaczęłam Szastę uczyć skupienia na mnie. Jak już nam to wyszło to postanowiłam że przejdziemy na utrzymanie kontaktu wzrokowego. SUKCES ! Pół roku i mamy to opanowane, pies przyklejony do nogi na kontakcie wzrokowym, dystans pokonany to około 5 metrów ! Dla mnie to jest wystarczające. Ale najpierw nauczyłam Szastę chodzić przy nodze na smyczy, kulawo nam to szło ale poniekąd wychodziło.
Dzięki tym ćwiczeniom nasze przywołanie było i w sumie jest bardzo dobre mimo losowych zdarzeń. Szasta zaczęła przybiegać na zawołanie. Do lepszego efektu kucałam i ją z radością wołałam do siebie. Działało to jak magnez ! Pies leciał z wywalonym jęzorem do mnie! Cieszyłam się bardzo z tego jakie Szasta zrobiła postępy. Do lepszego efektu od czasu do czasu chowam się za krzakami, za drzewem za czymś co mnie zakryje. Wzmocniłam u niej to żeby się pilnowała mnie, nie tylko ja jej. Wariat zaraz leciał i szukał! Nie nosem ale wzorkiem. Ten wystraszony wzrok i panika GDZIE JA JESTEM ?! Jak mnie znalazła to dzika radość, pochwała za znalezienie i dalszy spacer. Ale pies daleko nie odchodził i jak wołałam ją to przychodziła koło mnie raz dwa.
Spacery stały się czymś innym. Szasta wracała na komendę. Nawet jak nie chciałam to Szasta podbiegała czy podchodziła i pytającym wzrokiem patrzyła się na mnie czy ją wołałam. W między czasie nauczyłam Szastę czekania na mnie gdy była za daleko albo zawracania jej na pewną odległość. Co jakiś czas powtarzam ćwiczenia i elementy OBI. Wzmacnia to czego się nauczyła no i od czasu do czasu jest przy tym niezła zabawa. Do tego nasze spacery stały się luźne, na spokojnie mogę odwołać Szastę na pewną odległość od ludzi, zapiąć ją na smycz i iść bez nerwów. Czy zawołać ją i idzie przy nodze bez ochoty ucieczki.
Trochę wiary, cierpliwości i wszystko się da wypracować. Chodź nie miałam nadziei na to że Szasta się nauczy przywołania bo szło nam to fatalnie... ale jednak udało się. Trochę czasu nam to zajęło ale mamy swój sukces :)
Z momentów gdzie był jeszcze śnieg :) 

9 komentarzy:

  1. Ale ślicznie Szasta wychodzi na zdjęciach <3
    My też zaczynaliśmy od linki. Potem już bez niej też szło świetnie, ale teraz doszły zapachy, i Majlo nie chce się przywoływać. Ma zapach i udaje że nie słyszy.
    Jakoś z tym walczymy, jak Szasta odwołuje się przy innych psach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwołuje się przy innych zapachach chodź zdarzają się sytuację że poleci za zapachem. Ale zazwyczaj odwołuje się. A jeszcze poprzedzam to "Co tam masz" i jak widzę że nie reaguje to mówię a czasem krzyknę jak jest dalej "Zostaw" i zostawia i drepta dalej :)

      Usuń
  2. U nas przywoływanie to również była jedna wielka tragedia. Mimo, że teraz jest lepiej, że ciągle ćwiczymy na podwórku, które już jest ogrodzone(!!) to nie jest to, to samo co linka. Mam strasznie przekupnego psa, który przyjdzie gdy go zawołam gdy pokaże mu że mam coś fajnego do zjedzenia. Inaczej będzie mnie miał w dupie i 'przyjdź po mnie sama, matka'. Zawaliłam jego okres szczenięcy gdy mogłam go nauczyć najwięcej najpotrzebniejszych rzeczy. człowiek uczy się na błędach, takie życie. Fado to taki szczur doświadczalny. Może być dumny z siebie bo przy następnym psie postaram się takich błędów nie popełniać :p
    Pozdrawiamy, Biscuit Life!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak Szasta, stała się takim szczurem doświadczalnym. Ale poprawia się teraz te błędy :D

      Usuń
  3. Jejku! Jaki fotogeniczny piesek! <3

    http://veronikakarolina.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Śliczne zdjęcia. My rownież mamy problem z przywoływaniem
    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje :)
      To pracuje żeby tego problemu nie było :) Trochę pracy i efekty super !

      Usuń
  5. Mnie ojcowie uczyli w sposób dwojaki. Przede wszystkim, gdy chodziłem spuszczony ze smyczy i wybiegłem gdzieś daleko na przód, nie reagując na przywołania, momentalnie zawracali, lub skręcali. Biegłem wtedy jak szalony, byleby mnie nie zostawili samego. Później już się słuchałem... przez jakieś 10 minut. Sytuacja powtarzała się i tak w koło Macieju, aż zacząłem się słuchać na dłużej, dłużej, aż do perfekcji.
    Niestety, jeżeli chodzi o przypinanie na smycz, traktowałem to jako świetną zabawę i zaczynałem uciekać, merdając ochoczo ogonem. Do przywołania doszły więc komendy "siad" i "zostań". Oczywiście na cztery takie zestawy komend, trzy to zwykłe zbliżenie się ze smyczą i nagrodzenie smaczkami, a jedna rzeczywiste zapięcie. Tym samym kojarzy mi się teraz taki zestaw z czymś pozytywnym, a nie z końcem spaceru.

    OdpowiedzUsuń
  6. Praca, praca, praca... Przywołanie trzeba ćwiczyć możliwie jak najszybciej. Niestety, najczęściej swojego pierwszego psa dostajemy w młodym wieku, kiedy niewiele wiemy o wychowaniu psa i nie jesteśmy świadomi tego, jak bardzo przydatna jest komenda "do mnie!". Ale - nie ma rzeczy niemożliwych, a nadzieja umiera ostatnia, więc trzeba trochę poczytać i zabrać się do pracy.
    U nas sytuacja wyglądała raz dobrze, raz źle. Ćwiczyłam przywołanie, na spacery brałam najbardziej śmierdzącą szynkę, ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam... W końcu wymarzony efekt. Ale przestałam to szlifować, wszystko zepsułam, posypało się. I było coraz gorzej. Teraz muszę wspinać się po najwyższych szczytach, bo oprócz fatalnego przywołania doszło gonienie za zwierzyną... No i tu jest problem. Ale mimo wszystko wierzę, że się uda, musi!
    psi-temat.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Każdy nowy czytelnik i komentarz to duża motywacja do dalszego pisania :)